Rzeczy ostateczne

Kobiety boją się tworzyć. Przeraża je nie sam proces tworzenia, ale konieczność ukończenia i oddania pod ocenę.

Nie pamiętam gdzie i przy jakiej okazji zetknęłam się z powyższą tezą. Czy wygłosił ją jakiś sarkastyczny filozof czy światła feministka. Wiem, że w dużej mierze jest prawdą.


Jedna z teorii sztuki głosi, że dzieło ukończone przestaje być własnością twórcy i zaczyna żyć własnym życiem. Do czasu postawienia ostatniej kropki można zmieniać, konsultować, rozmyślać i zaczynać od początku. Sakramentalne „koniec” zabiera nam naszą pracę i oddaje pod krytykę odbiorców, bo w gruncie rzeczy każdy odbiór jest krytyką. Nie ważne czy pozytywną czy negatywną. Nawet brak reakcji jest swoistą oceną.
I chyba na tym polega problem.
Wiersze pisane do szuflady, tysiące zdjęć których nikt nie obejrzy zalegające dyski. Szkice, notatki, wprawki, próbki. Nic co można nazwać skończonym. Żeby można było powiedzieć „nadal nad tym pracuję”.

Tak jest ze wszystkim. Ciążą, wychowaniem dzieci, urządzaniem domu, pracą, która wymaga czegoś więcej niż przepisywania cyferek w tabelkach. Z pisaniem, malarstwem, fotografią.
Z życiem.

Na którymś z blogów o produktywności znalazłam ileś-tam zasad kreatywności. Szósta brzmiała „Ukończ coś”.
Zapowiedziane opowiadanie pojawi się po weekendzie. Proces korekty jest na ukończeniu.

Zobacz też...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *