Głupcy na wzgórzu

Na początku miesiąca odgrażałam się, że opublikuję opowiadanie które dostało nagrodę w świeckim konkursie. Po kilku koniecznych korektach i drobnym liftingu… oto ono.

Głupcy na wzgórzu

 

Einstein się pomylił. Kiedy uspokoiły się liczniki Geigera ludzie wypełźli z atomowych schronów i do walki o resztki zniszczonego kolejną wojną świata wystawili to, co mieli najstraszniejszego – nie „kije i kamienie”, tylko drugiego człowieka. Chociaż te genetycznie zmodyfikowane, przeładowane implantami twory na ogół ciężko już było nazwać ludźmi. Na ogół.

– – –

– Jak to się stało, do jasnej cholery? – Zazwyczaj dystyngowany oficer siedzący za biurkiem ledwo powstrzymywał krzyk. Całe lata wpajania kontroli nad emocjami szlag trafił. Niedowierzanie walczyło w nim o lepsze z furią. Pobielałymi dłońmi ściskał teczkę z raportem. – Jak?

– Ja… – Zaczął naukowiec

– No ty, ty – teraz już naprawdę krzyczał. – Co ty takiego zrobiłeś, że przełamała Imperatyw Posłuszeństwa i odgryzła sobie język? Empatka soniczna! Jest teraz bezużyteczna!

– Ja…

– No mówże!

– Chciałem sprawdzić czy uda się jej zmusić te bachory z podejrzeniem Wykoślawienia do pozabijania się nawzajem – wyszeptał skulony.

Oficer w mgnieniu oka znalazł się przy naukowcu. Szybkim ciosem posłał go na ziemię i nie sprawdzając czy zabił, czy tylko ogłuszył, wrócił na swoje miejsce. Cholera. Teraz będzie musiał postawić tego zwyrodnialca przed sądem. Cholera. Co za cholerne marnotrawstwo. Akurat ona! Lata szkolenia szlag trafił. Cholera. Może i tworzymy ludzką broń, ale nie jesteśmy jakimś cholernym Hitlerjugend.

– – –

Komandos wypełniał sobą prawie całą przestrzeń kapsuły mutacyjnej. Potężna, wszystko odporna bryła miała chronić go przed czynnikami zewnętrznymi w trakcie procesu, ale też obsługę przed nim. W razie, gdyby coś poszło nie tak. Przez maleńką pancerną szybkę z zewnątrz widać było jedynie kawałek maski tlenowej i jego oczy barwy zimowego nieba. Za to on miał świetny widok na całe laboratorium. To nie była jego pierwsza mutacja, nie zwracał więc specjalnie uwagi na rzędy ekranów z odczytami jego funkcji życiowych i kolumnami kompilującego się kodu genetycznego. Naukowcy jak zawsze siedzieli wpatrzeni w nie jak w objawienie, a asystenci uwijali się sprawdzając szczelność przewodów tlenowych, stan baterii, poziom radiacji.

Nagle jego uwagę przyciągnął ruch na korytarzu. Czterech dryblasów z wilczymi łbami wyszytymi na beretach prowadziło miedzy sobą drobną brunetkę z sił wsparcia. Wyglądała przy nich jak dziecko. Zanim zniknęli w korytarzu prowadzącym do izolatki dla Wypaczonych zauważył jeszcze, że jedną ręką przyciskała do siebie jakieś podłużne pudło. Drugą zasłaniała usta. Między palcami sączyła się krew.

„Poszli wyrzucić śmieci” pomyślał zimno.

 

Coś poszło nie tak. Nie powinien mieć snów, ale gdzieś w trakcie procesu przyśniła mu się bitwa. Nic nie widział, docierały do niego tylko dźwięki. Wystrzały, krzyki umierających, brzęk tłuczonego szkła, niezidentyfikowane miękkie mlaśnięcia. Przez to wszystko przebijała się jakaś muzyka. Łagodne dźwięki odesłały go z powrotem w niebyt

 

Komora mutacyjna otworzyła się bezgłośnie. W laboratorium było dziwnie ciemno i pusto. Zanim wzrok przyzwyczaił mu się do braku światła wciąż otumaniony chemikaliami sprawdził, czy nie ma jakichś zewnętrznych anomalii. Nic, tylko włosy miał nieco dłuższe. Musiał tam siedzieć kilka dni. Wyszedł z komory, chociaż nikt nie wydał takiego rozkazu. Zdziwiła go ta wolność. W czerwonej poświacie diod awaryjnych widział coraz więcej. Obok leżał przewrócony stolik, na którym zostawił swoje rzeczy. Zrobił krok w jego stronę i potknął się. Spojrzał pod nogi. Drogę przegradzało mu oderwane od korpusu ramię. Reszta leżała nieopodal. Przynajmniej jej większość. Błyskawicznie odzyskał pełną świadomość. Jego mundur leżał porozrzucany po podłodze. Ubrał się pospiesznie lustrując pomieszczenie. Instynktownie przeszukał szafki, apteczki, podręczne magazyny broni. Przez cały czas dziwne poczucie wolności nie dawało mu spokoju.

– – –

– Wyżej, Jat-seg. Aaa. – Siwowłosa Azjatka w białym kitlu powtórzyła dźwięk, jaki wcześniej wydał z siebie syntezator.

Komandos spróbował raz, drugi, za trzecim jego krtań się poddała. Zacharczał głucho.

– Dość. Dość! Niebywałe, to już prawie sopran! – Zaśmiała się melodyjnie, ale on tylko patrzył pustym wzrokiem w ścianę za jej plecami. Westchnęła zrezygnowana, jakby spodziewała się zobaczyć w błękitnych oczach chociaż ślad reakcji – Koniec na dziś. Przyjdź jutro po manewrach, jeśli będziesz w stanie mówić.

– Tak jest, proszę pani – powiedział zdartym głosem, zasalutował i ruszył do wyjścia.

– Niesamowity głos, niesamowity… – powiedziała półgłosem robiąc notatki

– Zwykły odprysk mutacyjny – prychnął oficer siedzący dotąd cicho za syntezatorem.- Na szczęście zbyt mały, żeby orzec Wykoślawienie. Po co w ogóle go uczysz?

Komandos nie usłyszał jej odpowiedzi, ale szyderczy śmiech oficera ścigał go do końca korytarza.

– – –

„Jat-seg”… Uśmiechnął się na wspomnienie tego, jak profesor Yuki przekręcała jego imię. Był ciekaw, czy przeżyła atak. Minęły już cztery dni, a on natrafiał tylko na nierozpoznawalne szczątki.

Dym się przerzedzał. Wystrzałów nie było słychać już od dawna, ale mutanci byli groźni nawet nieuzbrojeni. Oficerowie mówili o nich Wykoślawieni i tym faktycznie byli: żywą, wściekłą, wypaczoną bronią. Przypomniał sobie dziewczynę z pudłem. Teraz pewnie jego prowadziliby tamtym korytarzem. Kiedy uświadomił sobie, że awaria wykasowała mu wszystkie Imperatywy był zdezorientowany. Przytłaczała go konieczność planowania i podejmowania decyzji. Fascynowały emocje. Czuł, że musi się wydostać z ruin zanim wrócą wszystkie uczucia.

Krótkie błyski zwarć z pourywanych kabli oświetlały to, co kiedyś było korytarzem przy laboratorium sonicznym. Było pusto i, nie licząc elektrycznych trzasków, przeraźliwie cicho. Po raz kolejny sprawdził magazynki.

With your drums and guns and guns and drums, hurroo, hurroo
With your drums and guns and guns and drums, hurroo, hurroo
With your drums and guns and guns and drums
The enemy nearly slew ye
Oh my darling dear, Ye look so queer
Johnny I hardly knew ye.

Pogwizdując ostatnią melodię, której nauczyła go profesor Yuki, wyszedł zza prowizorycznej barykady.

– – –

Ruiny miast na powierzchni były jak cmentarzyska. Dobrze zorganizowane hieny mogły tam znaleźć wszystko od jedzenia po głowice nuklearne, włącznie z własną śmiercią. Wałęsający się wśród gruzowisk Wykoślawieni stanowili realne zagrożenie, ale nie tylko oni. Wojny genetyczne powołały do życia potwory, przy których bestie z dwudziestowiecznych horrorów zdawały się postaciami z bajek dla dzieci. Jacek zachowywał najwyższą ostrożność dziękując w myślach za fenomen niechęci Wykoślawionych do broni konwencjonalnej. Jakby ostrym jak brzytwa pazurem albo ociekającą toksyną macką trudniej było zabić. Może było, bo człowiek z naładowanym karabinem budził jako-taki respekt. Jeśli nie był sam.

W pustej ciszy zmierzchu odgłos jego własnych kroków dudnił mu w uszach. Wyostrzone adrenaliną i implantami zmysły reagowały na każdy odbłysk, każdą niezwykłą woń, na dźwięk skrzypiec dochodzący z gruzowiska…

Jacek odruchowo rzucił się za najbliższą zasłonę. Zaczął obserwować otoczenie przez soczewkę kolimatora zanim jeszcze zdążył się zastanowić co robi. Nic. Pusto. Tylko te skrzypce wciąż grające znajomą melodię. Gdzieś z prawej. Wbrew rozsądkowi ostrożnie poszedł wąską alejką w tamtym kierunku. Dźwięki wabiły go. Szedł i nasłuchiwał.

Zatrzymał się dopiero przed końcem uliczki. Na środku placu oświetlonego ostatnimi promieniami słońca siedziała skrzypaczka. Pamiętał ją. Szary mundur służb wsparcia był poszarpany i brudny. Ciemniejsze plamy wskazywały miejsca, gdzie kiedyś naszyto dystynkcje. Lewy rękaw znaczyły plamy krwi. Starodawne skrzypce, na których grała, lśniły wypolerowanym drewnem na tle brązowych włosów związanych strzępem bandaża. Wokół niej ciasnym kręgiem siedziały cerbery, machając łbami w takt melodii. Raz dwa-trzy, raz dwa-trzy… Mordercze bestie chłonęły dźwięki z przymrużonymi oczami, jakby nie były śmiertelnie groźnymi potworami, które na gruzowisku otoczyły ofiarę, ale salonowymi pieskami słuchającymi koncertu swojej pani.

Sama skrzypaczka obserwowała je uważne. Bez strachu, z ciekawością, z jaką patrzy się na dzieło sztuki współczesnej wystawione w galerii. Melodia uwiązała je w miejscu, uspokoiła. Wyczarowała wrażenie gościnnego domu wśród rozłożystych wzgórz…

…I pójdę z Nią przez morza łąk,
Gdzie wiernie czekał nas:
Miłości dom i stary klon,
Bo czas, już czas…

Melodia urwała się bez ostrzeżenia. Trwającą mgnienie oka ciszę zastąpiła kakofonia dysonansów i nagłych skoków tempa. Potężne cerbery ze skowytem uciekły tuląc uszy, a Jacek… Bał się. Strach wrócił, chociaż on miał nadzieję, że to akurat się nie stanie. Nie w takim momencie.

Wściekłe dźwięki otoczyły go. Przyparty do muru przez kanonadę przypadkowych nut czuł się jak na pierwszej linii frontu. Świszczały ostre tony, akordy rozrywały się nad jego głową. Odłamki dźwięków raniły mu uszy.

„Muzyka” pomyślał, choć zebranie myśli sprawiało mu trudność. To… Tylko… Muzyka…

Z wysiłkiem odepchnął się od ściany, rzucił karabin w plamę światła. Sam też wyszedł na chwiejnych nogach trzymając ręce wyciągnięte na boki.

– Przestań. Proszę – włożył w te dwa słowa całą nadzieję i resztki sił.

Wszystko nagle ucichło.

– – –

„Z tobą choćby pomilczeć jakże jest ciekawie…” – Symfonia, bo takie imię nadał skrzypaczce, grając uśmiechała się szelmowsko.

– Wspominałem nasze pierwsze spotkanie.

Skrzypce wydały kilka pytających dźwięków. Okaleczona empatka radziła sobie świetnie bez słów.

– Zastanawiałem się… – nadal nie mógł się przyzwyczaić do swobodnego wyrażania myśli – czy to ma sens. Nie to, żebym wątpił w nasze…twoje zdolności, ale całego świata nie zmienimy. Sami nie zakończymy tej wojny.

– „Hej, chłopcy, bagnet na broń, jeszcze długa droga przed nami…” – Tu go zaskoczyła. Nie wiedział, że znała takie piosenki. On je ledwo pamiętał, jakby poznał je w innym życiu. To, skąd wiedział o który wers jej chodziło, też wciąż pozostawało dla niego tajemnicą

– Już czas – powiedział stawiając na szczycie wzgórza przenośnie nagłośnienie. – Jeszcze trochę i będzie za późno

Symfonia skinęła głową. Jacek oparł karabin o głośnik i włączył mikrofony.

 

Młody kapitan w skupieniu studiował mapę. Mała osada między wzgórzami to nie było dobre miejsce do obrony. To było podręcznikowe bagno, a on dał się zaskoczyć jak pierwszoroczny kadecik. Żałował, że nie miał kogo zapytać co teraz. Zwiadowcy co chwilę meldowali o jakichś wycieczkach grabieżców, od południa przypałętała się grupa Wykoślawionych, a on miał tylko uzbrojonych naprędce pionierów i garstkę weteranów. Gdyby kazał im wyprowadzić się z zasadzki zrobili by to nie bacząc na straty albo zginęli próbując, ale żaden nie był w stanie udzielić mu rady. Idealnie posłuszna broń. Pozostawało tylko czekać na rzeź.

…Wyobraź sobie, że nie ma krajów – to wcale nie takie trudne.

Niczego, za co musiałbyś zabić czy umrzeć…

Melodyjny męski głos niósł się ponad naprędce skleconymi barykadami. Oficer potrząsnął głową. Najwyraźniej miał omamy od stresu. Głos jednak nie milkł. Delikatnie, ale stanowczo, jak silna ręka ojca, obejmował wszystko w dolinie.

…Wyobraź sobie wszystkich ludzi

wiodących spokojne życie…

– Panie kapitanie, chyba widziałem jakichś głupców na wzgórzu. – Z wahaniem zameldował zwiadowca. Jakiś lokalny łowczy.

-Co? – Oficer zapytał jak przez sen.

– Północne wzgórze, panie kapitanie. To niemożliwe, ale wydawało mi się, że widziałem tam dwie osoby. Faceta, który wygląda na żołnierza i dziewczynę z czymś dziwnym. To chyba były… skrzypce? – Zająknął się niepewny nazwy przedmiotu.

– Dawaj lornetkę – kapitan, otrzeźwiawszy nagle wyrwał mu ją z ręki.

…Możesz mówić, że jestem marzycielem

ale nie jestem jedyny…

– Cud – szepnął do siebie.- To cud.

– Tak jest, panie kapitanie – przytaknął mu zwiadowca. Najwyraźniej jednak nie szeptał. – Ale co… kto to jest?

– Kto? – powtórzył pytanie oficer czując irracjonalny przypływ radości. – Tak jak powiedziałeś: głupcy na wzgórzu. Głupcy próbujący wyśpiewać Ziemi pokój.

…Mam nadzieję, że kiedyś do nas dołączysz

i świat ponownie stanie się jednością…

 

Kiedy kilka godzin później umilkły ostatnie dźwięki na wzgórzach, poza nimi, nie było już nikogo. Mutanci szerokim łukiem ominęli dolinę. Grabieżcy postanowili spróbować handlu wymiennego, a potem poszli w swoją stronę. Ocaleni razem z weteranami młodego kapitana jedli kolacje i świętowali. Udało się.

Niespiesznie złożyli nagłośnienie, rozłożyli obóz. Musieli odpocząć, ale nie chcieli się narzucać tym na dole. Mieli jeszcze dość własnych zapasów. Później, siedząc na warcie Jacek patrzył, jak na horyzoncie płoną łuny nad ruinami odległych miast.

Czekała ich jeszcze długa droga.

Zobacz też...

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *