Bajka o spalonym domu

Powstała ponad rok temu. Jakoś mnie w ogóle naszło na przekopanie starych plików. Kilka stron się znalazło: wstępy, szkice scen, scenariusze… kiedyś wypadałoby coś z tym zrobić i pewnie tak będzie, a na razie bajeczka:

Bajka o spalonym domu

Dawniej niż nigdy, dalej niż nigdzie pewnej dziewczynie spłonął dom.

Trzy dni siedziała na stygnących popiołach i płakała, aż przyszła jej stara matka i rzekła: Tu juz nie masz czego opłakiwać, a mój dom jest za mały dla nas dwóch. Weź co zostało i ruszaj na północ, południe, zachód i wschód. Idź aż znajdziesz i tam zbuduj dom. A z domu nie zostało nic poza popiołem.

Udała się więc dziewczyna na północ, bo tam odleciały kruki znad zgliszcz domu. Szła za ich czarnymi cieniami aż doszła do kraju, gdzie wszyscy się doskonalili w czym mogli. Każdy nosił ze sobą najnowsze rankingi i statystyki. Szermierze byli najlepszymi z szermierzy, łucznicy najcelniejsi, pisarze najzręczniejsi a wodzowie najsprytniejsi i każdy spędzał dzień na próbach bycia jeszcze lepszym. A ona rozejrzała się i nie zauważyła ani starych filozofów, ani wątłych poetów, ani słabych dzieci.

Zapytała więc o nich tego, który był najlepszy w planowaniu, a on rzekł: nie są nam potrzebni. Jesteśmy najsilniejsi i najsprytniejsi bez nich. Oni tylko psują głowy młodym. Zabiliśmy ich wszystkich tak jak zabijamy tych, którzy są ostatni. I tak zrobimy z ludami które podbijemy, bo jest nas coraz więcej i nie mamy juz gdzie mieszkać. A ty skoro tego nie wiesz musisz być szpiegiem. Zginiesz za to! I zawołał straż. Ale dziewczyna zerwała się do biegu i strażnicy nie mogli jej dogonić, bo chociaż byli szybcy, jej szybkości dodawał strach. Pędziła jak wiatr daleko, daleko na północ aż przegoniła słońce, które schowało się za horyzontem i teraz widziała jego plecy przed sobą.

I biegła tak, aż usłyszała muzykę. Zmęczona wpadła między budynki miasta bez murów i wnet otoczyły ją roześmiane i kolorowo ubrane dzieci i pociągnęły ze sobą na wielki plac, na którym odbywała się zabawa. W biegu-tańcu otoczyły ją panny podobne do lalek, zerwały z niej zniszczone w biegu ubranie i przyodziały w piękne suknie. Podawały sobie z rąk do rąk, poprawiając, modelując, malując , aż stała się podobna do nich i młodzieńcy porywali ją do tańca razem z innymi. Tak w obłędnym kołowrocie wśród śmiechów i wina bawiły się panny, młodzieńcy i dzieci jeśli tylko były już w stanie same tańczyć. Tańczyli tak razem dzień i noc i dzień następny, a kto padł tego zadeptywali w szaleńczym tańcu. Poznała więc dziewczyna dlaczego nie ma wśród nich spokojnych i starców, i małych dzieci i kobiet przy nadziei, ale tym razem nie rzekła już słowa i dała się porwać korowodowi. Panny co chwilę zmieniały na niej suknie i fryzurę i malowały jej twarz na najdziwniejsze sposoby, aż coraz więcej młodzieńców brało ją w objęcia, a je zżerała nienawiść. I nagle trzeciego dnia tego amoku na bawiących się lunął deszcz i spłynęły kolorowe farby z oblicz tańczących a spod nich wyzionęły blizny, strupy i liszaje i zniszczone farbami twarze. Mokre suknie kleiły się do mechanicznych nóg i przemyślnych urządzeń które trzymały tancerzy w ruchu. Dziewczyna stała przerażona między nimi a oni patrzyli na nią z zawiścią i nagle jakiś lakierowany pazur przeorał jej twarz, a inne zaczęły drzeć na niej strój zerwała się więc znów do biegu. Za odchodzącą chmurą – na zachód.

Biegła i biegła, aż trafiła przed wielka jaskinię na pole kamieni. W jaskini spało słońce i tylko lekka łuna oświetlała pustkowie pełne głazów i krążących między nimi starców. Gdy stanęła by złapać oddech ogarnął ją wielki spokój kamieni. Usiadła więc by odpocząć. Wtedy podeszła do niej starucha, choć wydawało się jej, że to kamień się poruszył. Kim jesteś i co tu robisz? – zapytała, częstując chlebem i wodą. A ona zaczęła opowiadać jak spłonął jej dom i jak wyruszyła w drogę, ale z każdym wypowiedzianym słowem zdawało się jej, że skamieniała starucha zabiera jej słowa i jej wspomnienia i wciąga w siebie. Starucha zadawała coraz więcej pytań i młodniała, a na dnie jej oczu zaczęły płonąć słońca, wtedy dziewczyna spostrzegła, ze jej ręce zszarzały i zobaczyła, że minęła już noc, przegapiła dzień, a słońce siedziało na skraju jaskini i opowiadało starcom co widziało cały dzień i gasło od ich pytań. Wtedy ona zadała staruszce pytanie. A ona musiała odpowiedzieć i tak z każdym pytaniem kamienna starucha zmieniała w siebie a dziewczyna w siebie. I wtedy podeszła do zasypiającego słońca i zadała jedno jedyne pytanie: Co powinnam teraz zrobić? A słońce odpowiedziało: Spotkaj się ze mną kiedy wstanę. I błysnąwszy ostatni raz tego dnia usnęło, a błysk ten został w oczach dziewczyny.

Pobiegła więc na wschód by spotkać wstające słońce, ale tym razem jej nogi prowadziła nadzieja. Biegła i biegła a nad nią pędziła burzowa chmura zmywając z niej kurz drogi i wypłukując rany aż się zagoiły, grzmotami odganiała dzikie zwierzęta i piorunem paliła mury na jej drodze .

Gnały tak razem, aż promienie wstającego słońca nie zatrzymały je nad brzegiem jeziora, które lśniło jak płynne złoto. Kiedy chmura odeszła zostawiając po sobie tęczę dziewczyna spojrzała w wody jeziora, a te jak lustro pokazały jej kobietę jaką się stała. I na brzegu tego jeziora zbudowała dom. I dobrze wiedziała, że na jego drugim brzegu, tam gdzie zaczyna się tęcza stare popioły porasta już zielona trawa.

15.II.2008

Zobacz też...

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *