Bajeczka dla panny K.

Dalej niż nigdzie, dawniej niż nigdy w wielkim lesie pojawiło się dziecko. Pstryk i było.

Mała ruda dziewczynka w sukience z tysiącem kieszeni. Zielone oczka rozejrzały się dookoła i w główce zaświtała myśl. A raczej dwie myśli jedna po drugiej. Sama. Szukać.

Nagle nad jej głową zaświergotał ptak. Potem następny i kolejny. Zielone oczy śledziły pierzaste stworzenia, a gdy zniknęły z zasięgu wzroku dziewczynka podżyła za nimi. Niesama – zakołatało się w główce. Powoli, a potem coraz szybciej, jak człowiek który budzi się po długim śnie i zaspany, a potem coraz bardziej trzeźwy, dziewczynka biegła za ptakami, a z każdym krokiem znikąd pojawiała się świadomość. Las, drzewo, krzak, kwiat, niebieski, biały, konwalia, woda, strumyk, głęboko, ostrożnie… pojęcie rozpościerały się jak ptasie skrzydła. Nagle dziewczynka stanęła. Ptaki gdzieś zniknęły, tylko z gałęzi ponad jej głową dobiegało ciche kwilenie. Drzewo było stare, ogromne. Konary sięgały daleko, daleko we wszystkie strony świata. Dziecko podeszło i długo patrzyło w górę skąd pochodził dźwięk, aż rozbolała ją szyja, ale w końcu zauważyła, gdzie lądują ptaki. Wcisnęło małe rączki w spękania kory i kawałek po kawałku, gałąź za gałęzią wspinało się ku ptasiemu gniazdu. Było niemal na szczycie. Wielkie szaro-perłowe ptaki siedziały na krawędzi gniazda. Ptaki niesame. Pomyślała dziewczynka i nagle pojawiło się nowe słowo. Rodzina. Ro-dzi-na? Ja też! I zanim w głowie pojawiła się następna myśl już przesuwała się po gałęzi w stronę ptasiego domu. Ja też. Ptakom nie spodobał się ten pomysł i zaczęły nerwowo bić skrzydłami i groźnie skrzeczeć próbując przegonić intruza, który uparcie pełzał naprzód.

Nagle trzasnęła gałąź. Ptaki poderwały się do lotu a dziewczynka rzuciła się w ich stronę szukając ratunku. Spadała z garściami piór w rękach, a szaro-perłowe ptaki pikowały koło niej próbując złapać spadające potomstwo.

Boli. To pierwsze, co przyszło jej do głowy, kiedy otworzyła oczy. Wyciągnęła ręce przed siebie, obejrzała dokładnie. Całe. Sprawne. Podparła się i podniosła nieco. Dało się. I wtedy zobaczyła jak z nogi spływa przysychający już strumyczek krwi. Krew, rana, głęboka, pomoc… Zaszeleściły krzaki. Dziewczynka próbowała wstać, ale noga bardzo bolała. Z zarośli wysunął się szary nos, za nim brązowa, krzywa twarz i po chwili cała istota była na polanie. Wyglądała trochę jak dziecko, ale miała szaro-brązową skórę, nie miała włosów, chodziła przygarbiona. Przybysz pociągnął wielkim nosem i zbliżył się. Strach pojawił się nagle. Dziewczynka próbowała się osunął, ale stwór przytrzymał ją nienaturalnie długimi rękoma i zaczął coś rytmicznie mamrotać. To uspokajało. Kiedy istota upewniła się, że dziecko nie ucieknie rozejrzała się po polanie, zerwała parę liści, potem kilka innych, wypłukała w strumyku kępkę mchu, przetarła nią ranę, którą owinęła liśćmi. Długopalcą dłonią pogłaskała rude włosy i nagle szarpnęła wyrywając kilka z nich. Dziewczynka krzyknęła z bólu i strachu. Jej głos dziwnie brzmiał wśród szumu liści i strumienia. Stwór w tym czasie zwinął włosy w sznurek, którym obwiązał liściasty opatrunek. Ból zdawał się dla niego nie istnieć, tak samo jak strach.

– Dom. Tam. Razem. – powiedział, a każdy przypominał pękanie kamieni.

Dziewczynka rozejrzała się po polanie, włożyła do kieszonki kilka szaro-perłowych piór i pokuśtykała za szaro-brązową istotą. Dom?

Rano obudziła się w wielkiej dziurze w skałach. Jej wnętrze rozświetlało ognisko, wokół którego siedziały istot. Jedna z nich mieszała coś w wielkim garze wiszącym nad ogniem, kilka innych porcjowało jakieś mięso, któraś przeglądała zioła. Rodzina, dom – pomyślała dziewczynka, i w tej chwili pojawił się stwór, który opatrzył ją poprzedniego dnia.

– Pić? – zapytał podając w wydrążonej kości wodę pachnącą liśćmi. Wyglądała dziwnie znajomo, ale dziecko nic nie piło odkąd pojawiło się w lesie i odkryło, że jest bardzo spragnione. Usnęło niemal od razu.

We śnie słyszało wołanie. Czuła ból i strach. Bardziej niż strach. Tak się bały ptaki – pomyślała we śnie dziewczynka i w tej samej chwili się obudziła.

Rozejrzała się. Była noc, istoty spały wokół ognia. Na paluszkach podeszła do ognia. Noga już prawie nie bolała, skąd więc ten strach? W blasku ognia świecił noże złożone z rogu jaskini w większości zwykłe ostre kamienie, ale jeden był inny. Dziewczynka podeszła zwabiona tańcem odblasków. Sięgnęła ręką po metalowe źdźbło i natychmiast zasłoniła usta drugą ręką, żeby nie krzyczeć z przerażenia. Ostrze wbite było w oczodół czaszki. Ludzkiej czaszki. Dziewczynka wyszarpnęła nóż, złapała płonącą gałąź i jak wiatr pognała byle dalej od brązowo-szarych istot.

Póki mogła – biegła. Potem szła, a gdy już nie miała siły zataczała się od drzewa do drzewa bojąc się pościgu. Nad ranem zgasło łuczywo. Dziewczynka odkruszyła czarną końcówkę i wrzuciła ją do kieszonki. W innej od dawna spoczywał zakrwawiony nóż. Szła dalej

Południe przywitało ją nad brzegiem szerokiej rzeki. Była głodna, spragniona i zmęczona. Była smutna, bo skrzywdziła ptaki i przerażona po spotkaniu z trolami. Zła. Zło. Niedobra. Kara. Próbowała odgonić te myśli, ale nie dawały za wygraną. Zła, zła, zła… brudna, nieczysta. Zabiłaś ptaki, mieszkałaś z trolami, piłaś ich zioła z czaszki człowieka. Zła, brudna, nieczysta. Wstała. Postąpiła krok ku rzece. Kolejny, następny, stała po kostki w wodzie. Po kolana. Silny nurt targał jej sukienkę. Woda zakryła jej głowę, jej myśli, zalewała potokiem obrazów, wymywała słowa, wypłukiwała oddech

Nagle poczuła szarpnięcie. Z drugiej strony. Coś złapało ją za sukienkę, za włosy. Coś małego i twardego wciskało się jej pod ręce, pod brodę i pchało ku górze. Rybki. Setki małych rybek chwytało ją i ciągnęło. Inne wciskały się pod nią i ja żywy materac wypychały na powierzchnię. To na nic- pomyślała. – Są za słabe. I wtedy coś chwyciło ją za włosy i wyciągnęło z wody.

Spojrzała w twarz brzydkiej starej kobiety. Tak naprawdę nie była ani brzydka, ani stara, tylko tak wyglądała, i dziewczynka, która znikąd pojawiła się w lesie wiedziała to od razu.

– Wstawaj. Idziemy do mnie, bo zaraz tu zamarzniesz. – powiedziała kobieta zgrzytliwym głosem i szarpnęła dziecko do góry.

– To bolało – oburzyła się dziewczynka i przypomniała sobie jak łagodnie potraktował ją trol. Tylko, że trole…

– Trudno, życie ma to do siebie, że boli – odwarknęła staruszka i ruszyła wzdłuż rzeki.

Mała stała zastanawiając się, co robić, kiedy powiał wiatr. Mokra sukienka przykleiła się do ciała. Dziewczynka zadygotała z zimna, zdecydowała. Jeszcze raz spojrzała na rzekę, w której pluskały się małe złote rybki i pobiegła w kierunku, w którym poszła starucha.

I tak dziewczynka zamieszkała u starej kobiety. Nauczyła się prać gotować, zbierać zioła, rozpoznawać zwierzęta, choroby i ludzkie humory, bo do chaty w środku lasu czasem przybywali różni ludzie. Starucha, którą ci ludzie za plecami nazywali wiedźmą i czarownicą wynajdywała wtedy dziecku najróżniejsze zadania, byle trzymać ją z dala od domu, ale Ruta, bo tak została nazwana, podglądała i podsłuchiwała co się dało. I tak dowiedziała się, że ludzie krzywdzą się nawzajem, czasem nienawidzą, czasem kochają, że mieszkają w domach, wioskach, miastach, państwach, że rządzą i są rządzeni. Pani Flo, kazała do siebie mówić, rozmawiała z nimi, sporządzała maści, eliksiry, pisała coś na kartkach, czasem wykonywała jakieś dziwne ruchy nad ich głowami i mamrotała niezrozumiałe słowa, a ludzie odchodzili pokrzepieni, uzdrowieni, z nowymi postanowieniami… tak przynajmniej wyglądali.

Mijały lata. Ruta dorastała. Rosła też liczba jej obowiązków. W połatanej i przerabianej sukience, w której pojawiła się w lesie, zajmowała się całym domem, ogrodem i wszystkim, co nie wymagało osobistego udziału Pani Flo. Leczyła zwierzęta, zbierała zioło, rozmawiała z ludźmi, a oni cenili czystość jej myśli i łatwość, z jaką pojmowała ich problemy. Nie było ważne, czy coś radziła, czy nie, ważne było, że rozumiała. Dziewczyna bez szemrania wykonywała wszelkie prace mając nadzieję, że któregoś dnia będzie mogła robić wszystko to, co Pani Flo. Ale ten dzień nie nadchodził, a każde pytanie o dziwne gesty i słowa powodowały u starej wiedźmy ataki złości.

– Nie, nie i powtarzam ci, nie – jeszcze nie jesteś gotowa. Więc Ruta cierpliwie czekała.

Czekała, a lata mijały. Ludzie zaczynali nazywać ją czarodziejką i zwracać się do niej, a nie do Pani Flo. Po którejś takiej wizycie stara wiedźma, która była co prawda kąśliwa, ale nie zła, zdenerwowana nie na żary wyprowadziła dziewczynę z domu i kazała iść precz.

– Odejdź, robisz tu tylko niepotrzebny szum. Twoje słowa są jak wiatr, twoje ręce jak woda. Nic nie wiesz, nic nie potrafisz.

– Ale…

– Nie potrzebuję cię, odejdź.

– Nie!

Krzyczały na siebie, aż pouciekały ptaki, a zwierzęta poukrywały się w norach. Godzinę, dwie, noc całą stara wiedźma wyganiała dziewczynę, a ta się nie dawała.

– Nie nadajesz się -powiedziała nad ranem zmęczona starucha.- Brak ci woli i umiejętności. Nie będziesz wiedźmą, Ruta

– Tak myślisz? Chcę, umiem i będę wiedźmą!

I wtedy wzeszło słońce, a Pani Flo zaczęła się śmiać. Promienie słońca jakby zwabione jej głosem oświetlały i prześwietlały jej postać. Stara kobieta rozpływała się wraz z odchodzącą nocą

– No, moja droga, teraz możesz być wiedźmą. Teraz wiesz już wszystko. Powodzenia… – i nadal się śmiejąc rozpłynęła się w powietrzu, a z nią jej dom. Pozostała tylko sterta patyków i strzępek sukni.

Ruta stała oniemiała. Co wie? Dlaczego Pani Flo zniknęła? Gdzie jest dom? Co ona takiego powiedziała? Usiadła na ziemi bezsilna. Co teraz… I nagle, jak mała srebrna rybka pojawiła się myśl. Będę wiedźmą.

– Chcę, umiem, zrobię to – powiedziała Ruta wstając. Powiał wiatr podrywając z ziemi resztki domu starej wiedźmy. Dmuchnął mocniej i patyczki porozciągały się w belki, framugi, gonty, progi i okiennice. – Zrobię to – powtórzyła, a drewno połączyło się w dom do złudzenia przypominający ten, który stał tam jeszcze niedawno. Przestąpiła próg. Dom był pusty, mroczny i zimny. Włożyła ręce do kieszonek w sukience. Pod palcami poczuła pierze i węgielek. Wyjęła je na stół, a zaraz obok nich zardzewiały nóż.

– Chcę, umiem, zrobię to – powiedziała raz jeszcze patrząc z namysłem na zgromadzone przedmioty. Znów powiał wiatr. Pióra zatańczyły i kilka z nich wylądowało pierzyną na posłaniu, inne rozwiały się w firanki. Ostatnie wylądowało w nowym kałamarzu. Potrącony węgielek sturlał się ze stołu i zatrzymał w piecu, którego wcześniej tam nie było. Chcę, pomyślała Ruta i zapłonął ogień. Spojrzała na nóż i zalała ją fala wspomnień z groty troli, ale przemogła się. To było inne życie. Zrobię to – powiedziała półgłosem, a nóż zalśnił czystą stalą, Obok pojawił się moździerz do ziół. W uniesieniu wyszła przed dom.

– Chcę! Umiem! Zrobię to! – wykrzyczała stojąc na progu, żeby stara wiedźma usłyszała ją gdziekolwiek by nie była. Podeszła do płotu i zdjęła z niego strzępek sukienki. Wiatr wyrwał go jej z dłoni i przykleił do jej ubrania. W tej chwili połatana szmatka dziewczynki, która znikąd pojawiła się w lesie zmieniła się w suknię dorosłej kobiety… i też miała kilka ukrytych kieszeni i łat na podszewce. Ruta uśmiechnęła się.

Dochodziło południe. Ludzie jak zawsze pojawili się na ścieżce do domu czarownicy.

koniec

Zobacz też...

1 komentarz

  1. Ruta chyba jednak nie wszystko jeszcze wie :) Czasem wiara i chęci, nawet pewność siebie i poczucie własnej wartości, nie wystarczają do osiągnięcia celu. Ale może… Może już niedługo wystarczą :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *